Jest taki moment w pracy z inwestorem, który powtarza się tak często, że naprawdę mogłabym go rozpoznać z zamkniętymi oczami, klient siada naprzeciwko, jeszcze trochę w napięciu, jeszcze trochę niepewny, układa dłonie na stole, przez chwilę szuka słów i w końcu mówi zdanie, które słyszałam już setki razy, zawsze w bardzo podobnym tonie, trochę z nadzieją, trochę z próbą postawienia granicy, „my to chcemy tylko prosty dom, taki bez udziwnień”, i w tym jednym zdaniu jest wszystko, tylko nie to, co większość branży w nim słyszy, bo to nie jest niechęć do technologii, to nie jest decyzja projektowa, to jest potrzeba spokoju, potrzeba kontroli, potrzeba poczucia, że nikt za chwilę nie wrzuci ich w coś, czego nie rozumieją i nad czym nie będą panować.
I teraz dzieje się coś, co bardzo często ustawia cały dalszy proces, bo w tym momencie architekt albo wchodzi w rolę osoby, która zaczyna tłumaczyć, przekonywać, edukować, czyli dokładnie robi to, czego klient się obawia, albo robi coś znacznie trudniejszego, ale dużo bardziej skutecznego, zatrzymuje się i zaczyna słuchać tego, co tak naprawdę stoi za tym zdaniem, bo kiedy zdejmiesz z niego słowo „prosty”, zostaje Ci bardzo konkretna potrzeba, dom ma działać bez wysiłku, bez zastanawiania się, bez instrukcji obsługi do codziennych czynności.
I wtedy rozmowa zaczyna wyglądać zupełnie inaczej, bo zamiast mówić o systemach, zaczynasz mówić o życiu, o porankach, które nie zaczynają się od szukania włączników, tylko od naturalnego światła, o wieczorach, w których dom się wycisza razem z nimi, o sytuacjach, w których wychodzą i nie zastanawiają się, czy wszystko jest wyłączone, i nagle technologia przestaje być tematem, a zaczyna być odpowiedzią, tylko że ona nie jest nazwana wprost, ona pojawia się jako naturalna konsekwencja rozmowy o komforcie.
I to jest moment, w którym większość rynku gubi klienta, bo próbuje mu sprzedać Smart Home jako system, jako zestaw funkcji, jako coś, co trzeba zrozumieć i wybrać, a klient nie chce wybierać technologii, klient chce mieć pewność, że jego dom będzie działał tak, jak sobie to wyobraża, tylko nie umie tego przełożyć na decyzje projektowe, i dokładnie w tym miejscu zaczyna się rola architekta, tylko nie jako projektanta formy, ale jako osoby, która tłumaczy życie na decyzje.
Bo „prosty dom” nie ma nic wspólnego z brakiem technologii, tylko z brakiem tarcia w codzienności, z tym, że rzeczy dzieją się same, że nie trzeba o nich pamiętać, że nie trzeba ich kontrolować, i paradoks polega na tym, że żeby osiągnąć taką prostotę, trzeba podjąć bardzo świadome decyzje na etapie projektu, trzeba przewidzieć rzeczy, o których klient jeszcze nie myśli, trzeba zaplanować coś, co finalnie ma być niewidoczne.
I tu pojawia się jeden z największych błędów, które widzę w projektach, decyzja o „zostawieniu tematu na później”, szczególnie w kontekście okablowania, bo na etapie projektu to zawsze wygląda jak oszczędność, jak uproszczenie, jak unikanie czegoś zbędnego, tylko że po roku, dwóch, kiedy potrzeby rosną, kiedy pojawia się chęć zmiany, kiedy życie zaczyna weryfikować pierwotne założenia, wraca pytanie, które słyszałam już wielokrotnie i które zawsze brzmi tak samo, „dlaczego nikt nam tego wcześniej nie powiedział”, i wtedy okazuje się, że prostota, którą chcieli osiągnąć, zamieniła się w ograniczenie, którego nie da się już łatwo odwrócić.
Dlatego kiedy na końcu rozmowy klient pyta mnie, co tak naprawdę rekomenduję, nie wracam do technologii, nie zaczynam listy rozwiązań, tylko porządkuję to jednym zdaniem, które zamyka całą tę rozmowę i jednocześnie ustawia sposób myślenia o projekcie, prosty dom to taki, który działa bezobsługowo, a to nie dzieje się przypadkiem, to jest efekt decyzji, które podejmujemy na samym początku, często zanim jeszcze powstanie pierwszy rysunek.
I w tym momencie pojawia się coś, czego nie widać w projekcie, ale widać w reakcji klienta, ulga, bo nagle przestaje chodzić o technologię, przestaje chodzić o wybór, zaczyna chodzić o to, że ktoś prowadzi ten proces w sposób, który ma sens, spokojnie, bez presji, bez przeciążania informacjami, i to jest dokładnie ten moment, w którym Smart Home przestaje być „dodatkiem”, a zaczyna być naturalną częścią dobrze zaprojektowanego życia.
Agata Łydek-Grzywa